Od kilku lat dyskusja o poszukiwaniach zabytków przy użyciu wykrywaczy metali coraz bardziej przypomina wojnę pozycyjną. Środowiska archeologiczne i konserwatorskie ostrzegają, że państwo traci kontrolę nad dziedzictwem archeologicznym. Część poszukiwaczy odpowiada, że obecny system jest niewydolny, nieprzejrzysty i oderwany od skali zjawiska. Problem w tym, że obie strony coraz częściej mówią przede wszystkim do własnych środowisk, a nie do siebie nawzajem.
Nowy list otwarty Konferencji Dziekanów i Dyrektorów Wydziałów i Instytutów Archeologii Akademickiej w Polsce dobrze pokazuje skalę tego napięcia. Archeolodzy jednomyślnie apelują o cofnięcie zmian i rozpoczęcie prac nad nowym modelem ochrony dziedzictwa. W tym alarmie jest wiele racji. Trudno zlekceważyć obawy dotyczące chaosu organizacyjnego, potencjalnych kosztów, braku gotowej aplikacji, niewydolności administracji i ryzyka utraty informacji archeologicznej.
Rozwiń treść listu otwartego
LIST OTWARTY
do
Szanowni Państwo,
Konferencja Dziekanów i Dyrektorów Wydziałów i Instytutów Archeologii Akademickiej w Polsce protestuje przeciwko wejściu w życie z dniem 1 stycznia 2027 r. nowelizacji ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami (zob. Dz.U. 2024.647).
Zmiany stanu prawnego wprowadzone drogą nowelizacji oceniamy bardzo krytycznie, ponieważ:
a) naruszają one Konstytucję RP, w tym:
- zasadę równości obywateli (uprzywilejowanie jednej grupy interesariuszy, tj. poszukiwaczy),
- ochronę własności (ustawa nie chroni w adekwatny sposób własności terenów, na których dopuszcza się prowadzenie poszukiwań),
- stoją w sprzeczności z zasadą zrównoważonego rozwoju (umożliwiają wykorzystywanie zasobów dziedzictwa do celów prywatnych w sposób niekontrolowany, podczas gdy zadaniem Państwa jest dbałość o zachowanie zasobów dla kolejnych generacji),
b) naruszają standardy ochrony dziedzictwa archeologicznego zapisane w Europejskiej Konwencji Ochrony Dziedzictwa Archeologicznego z La Valetta, z dnia 16 stycznia 1992 r., przyjęte przez Rzeczpospolitą Polską, Dz.U. 1996.120.564 (Polska zobowiązała się m.in. zapobiegać niedozwolonemu obiegowi dziedzictwa archeologicznego oraz zapewnić naukowy charakter wykopalisk i poszukiwań archeologicznych),
c) zdezorganizują istniejący system ochrony zabytków, którego skuteczność już obecnie pozostawia wiele do życzenia,
d) doprowadzą do dramatycznego uszczuplenia środków finansowych, przeznaczonych na ochronę zabytków (m.in. system nagród dla znalazców, w tym przewidywany skokowy przyrost wniosków oraz konieczność zapewnienia etatów do ich administracyjnej obsługi lub kosztów procesowych wynikających z ewentualnymi niedociągnięciami w tym zakresie),
e) pomimo dwukrotnego przesunięcia daty wejścia w życie ustawy, nadal nie został przygotowany system informatyczny, rejestr poszukiwań oraz aplikacja, wskazane w nowelizacji, po stworzeniu wymagający przecież jeszcze odpowiedniego przetestowania, co spowoduje poważne kontrowersje odnośnie do trybu zgłoszeń do rejestru poszukiwań.
Nade wszystko jednak zmiany przyczynią się do dramatycznych i nieodwracalnych strat w archeologicznym dziedzictwie kulturowym Polski, które jest nieodnawialne. Państwo polskie straci kontrolę nad swoją własnością!
Co więcej, koszty wynikające z wejścia w życie nowelizacji spadną na społeczeństwo, co w dobie niestabilnej sytuacji międzynarodowej i wyzwań w zakresie gospodarki ocenić należy zdecydowanie negatywnie. Dalsze argumenty prawne znaleźć można na stronie www.ratuj-zabytki.pl.
Apelujemy do Parlamentarzystów i Parlamentarzystek RP, oraz wszystkich adresatów niniejszego pisma, ponad podziałami, o przywrócenie stanu prawnego sprzed nowelizacji ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami (Ustawa z 13 lipca 2023 r. o zmianie ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami), tak by umożliwić opracowanie nowelizacji, która uwzględni postulaty środowisk archeologów, muzealników i specjalistów ochrony zabytków. Świadomi ułomności dotychczasowych regulacji prawnych jesteśmy zdania, że należy włączyć do systemu ochrony zabytków różnych interesariuszy. Niezbędne jest podjęcie przez MKiDN dyskusji z ich reprezentantami (instytucjami i stowarzyszeniami) w celu wypracowania nowego modelu ochrony dziedzictwa. Deklarujemy poświęcenie także temu zagadnieniu Kongresu Archeologii Polskiej, który odbędzie się w czerwcu 2027 r.
7 maja 2026 r.
Składający: Wydział Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego
Nie znaczy to jednak, że cały problem da się rozwiązać wyłącznie przez cofnięcie nowelizacji. Wiele argumentów z listu trafnie pokazuje skalę zagrożeń, ale jednocześnie trudno pominąć fakt, że obecny system od lat zmagał się z podobnymi problemami organizacyjnymi i proceduralnymi. To jednak nie jest obrona nowelizacji. Przeciwnie: rozwiązania forsowane przez Polski Związek Eksploratorów (PZE) mogą w obecnym kształcie wprowadzić ogromny chaos, a najważniejsze problemy raczej przerzucić na administrację, muzea i konserwatorów, niż realnie rozwiązać. Czy da się jednak znaleźć złoty środek między tymi dwoma skrajnymi stanowiskami?
Co rzeczywiście zmieniłaby nowelizacja?
Dotychczas poszukiwanie zabytków przy użyciu wykrywaczy metali wymagało pozwolenia odpowiedniego wojewódzkiego konserwatora zabytków. Procedura była często krytykowana jako powolna, niejednolita i uzależniona od lokalnej interpretacji przepisów. Środowiska poszukiwaczy od lat argumentowały, że system jest oderwany od rzeczywistości. Wskazywano, że wielu ludzi i tak chodzi z wykrywaczami, a państwo nie jest w stanie skutecznie kontrolować sytuacji. PZE zaczął więc forsować model znacznie bardziej liberalny. Choć nowelizacja z 13 lipca 2023 r. nie „legalizuje wszystkiego”, to zasadniczo zmienia logikę poszukiwań1[Projekt ustawy zmieniającej ustawę o zmianie ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami (UD205)], „Rządowy Proces Legislacyjny”, URL: https://www.gov.pl/web/premier/projekt-ustawy-zmieniajacej-ustawe-o-zmianie-ustawy-o-ochronie-zabytkow-i-opiece-nad-zabytkami (Dostęp: 15.05.2026)..
W założeniu nowelizacji dorosła osoba będzie mogła prowadzić poszukiwania ukrytych lub porzuconych zabytków ruchomych przy użyciu urządzeń elektronicznych lub technicznych, pod warunkiem zgody właściciela i posiadacza nieruchomości oraz po dokonaniu zgłoszenia do rejestru poszukiwań. Zgłoszenie ma być składane przez aplikację mobilną ministra, a po otrzymaniu potwierdzenia można rozpocząć poszukiwania. Wejście tych przepisów było już przesuwane, najpierw na 2025, później na 1 stycznia 2027 r. Ustawa zachowuje katalog miejsc wyłączonych z takich poszukiwań: obszary wpisane do rejestru zabytków, ewidencji zabytków i strefę 10 metrów od nich, pomniki historii, parki kulturowe, strefy UNESCO, cmentarze, dawne cmentarze, groby wojenne, miejsca kaźni i Pomniki Zagłady. Zachowuje też państwową własność zabytków archeologicznych znalezionych lub pozyskanych w wyniku poszukiwań oraz sankcje karne za działania wbrew zakazom.
Najważniejsza zmiana dotyczy zatem rodzaju kontroli. Dotychczas państwo, przynajmniej w założeniu, mogło ocenić planowane poszukiwania przed wejściem w teren. Po nowelizacji ciężar przesuwa się na zgłoszenie i późniejszą weryfikację. W dobrze przygotowanym systemie mogłoby to częściowo uporządkować obieg informacji. Takowy jednak aktualnie nie istnieje i najpewniej nie powstanie do stycznia 2027 r. Dlatego nie tyle państwo „straci kontrolę nad swoją własnością”, a bardziej precyzyjnie: państwo osłabi kontrolę uprzednią i zastąpi ją kontrolą następczą, której skuteczność zależy od narzędzi, ludzi i finansowania. A tych elementów wciąż nie widać w stopniu, który pozwalałby przyjąć tak diametralną zmianę.
Aplikacja nie jest kontrolą
Najmocniejszy argument PZE brzmi pozornie rozsądnie: skoro dziś tylko niewielki odsetek poszukiwaczy działa legalnie, a wiele zgłoszeń i tak odbywa się telefonicznie, mailowo albo zupełnie nieformalnie, to cyfrowa aplikacja mogłaby uporządkować system. I co do zasady trudno się z tym nie zgodzić. Problem polega na tym, że aplikacja nie jest jeszcze kontrolą. Jest narzędziem do zbierania deklaracji. Jeśli ktoś zgłasza w systemie, że idzie na pole, państwo wie przede wszystkim tyle, że złożył zgłoszenie. Nadal nie wie, co rzeczywiście znalazł, czego nie zgłosił, czego nie rozpoznał, co uznał za złom, a co świadomie przemilczał. Ten problem istnieje również dziś, ale po nowelizacji może po prostu wystąpić w znacznie większej skali.
W obecnym kształcie największe ryzyko polega na tym, że państwo może i otrzyma więcej zgłoszeń, ale niekoniecznie zyska większą kontrolę nad tym, co dzieje się z dziedzictwem archeologicznym. Obecna procedura pozwoleń ma wiele wad, mimo to wniosek o pozwolenie pełnił przynajmniej funkcję minimalnego filtra. Wymagał wskazania terenu, celu poszukiwań, zgód właścicielskich i podstawowej orientacji w przepisach. Jeśli aplikacja ma zastąpić część tych procedur, powinna oferować coś więcej niż samo kliknięcie zgłoszenia. Sensowny system cyfrowy powinien łączyć zgłoszenie z podstawowym przygotowaniem użytkownika: krótkim szkoleniem, prostym testem wiedzy, jasnymi ograniczeniami terenowymi, potwierdzeniem znajomości zasad postępowania ze znaleziskiem i realnymi konsekwencjami za ich złamanie. Takie postulaty pojawiały się w wypowiedziach środowiska poszukiwaczy, ale nie znalazły się w samym mechanizmie ustawowym. Równolegle zabrakło też oficjalnego planu wdrożenia: oszacowania kosztów, liczby potencjalnych zgłoszeń, obciążenia urzędów, muzeów i konserwatorów oraz sposobu finansowania obsługi całego systemu.
Brytyjski przykład to przestroga
W polskiej debacie często przywołuje się brytyjski Portable Antiquities Scheme, czyli PAS, jako dowód, że bardziej otwarty model współpracy z detektorystami może działać. W największym skrócie jest to system dobrowolnego zgłaszania zabytków znajdowanych przez osoby prywatne, głównie w Anglii i Walii. Znalazca może pokazać przedmiot lokalnemu specjaliście, tzw. Finds Liaison Officer, który identyfikuje zabytek, opisuje go, dokumentuje miejsce odkrycia i wprowadza dane do publicznej bazy. Dzięki temu część prywatnych znalezisk trafia do obiegu naukowego, nawet jeśli sam przedmiot pozostaje u znalazcy albo właściciela gruntu. PAS nie jest jednak tym samym co Treasure Act, czyli osobne przepisy dotyczące obowiązkowego zgłaszania wybranych kategorii znalezisk, m.in. części przedmiotów ze złota i srebra, zespołów monet czy depozytów. Jeśli obiekt zostanie uznany za „treasure”, muzeum może go przejąć, ale często musi zapłacić znalazcy i właścicielowi ziemi. I właśnie tu zaczyna się problem, o którym w Polsce mówi się zwykle zbyt mało.
Brytyjski model nie jest tanią aplikacją do zgłaszania znalezisk. To rozbudowany, kosztowny system instytucjonalny, oparty na sieci specjalistów, muzeów, urzędników, procedur wyceny, konserwatorów i baz danych. Tess Machling zwraca uwagę, że PAS jest dziś mocno przeciążony: Finds Liaison Officers jest zbyt mało, są słabo opłacani, pracują pod presją rosnącej liczby zgłoszeń, a muzea często nie mają pieniędzy, miejsca ani ludzi, by przejmować kolejne zabytki2MACHLING T. 2025. The system is broken, so why are we not more concerned?, „Big Book of Torcs”, URL: https://bigbookoftorcs.com/2025/10/27/the-system-is-broken-so-why-are-we-not-more-concerned/ (dostęp: 15.05.2026). Według przywoływanych przez nią danych, przy szacunkach mówiących o dziesiątkach tysięcy detektorystów, znaleziska zgłasza tylko kilka tysięcy osób. Nawet tam duża część aktywności pozostaje więc poza realnym obiegiem wiedzy.
Jeszcze poważniejsza jest kwestia kosztów. Samo finansowanie PAS to około 1,4 mln funtów rocznie, a do tego dochodzą koszty ukryte: praca muzeów, administracji, specjalistów, konserwatorów, koronerów, komisji wyceniającej, przechowywania i udostępniania znalezisk. Największym obciążeniem są jednak wypłaty za znaleziska uznane za „treasure”. Machling podaje, że w roku finansowym 2024/2025 wyniosły one ponad 7,28 mln funtów3MACHLING T. 2025, “Who Pays for the Hobby?”: Metal Detecting in England and Wales, „Big Book of Torcs”, URL: https://bigbookoftorcs.com/2025/11/08/who-pays-for-the-hobby-metal-detecting-in-england-and-wales/ (Dostęp: 15.05.2026).. W praktyce społeczeństwo płaci więc podwójnie: najpierw za obsługę systemu, a potem za wykupienie części własnego dziedzictwa od znalazców i właścicieli gruntów.
Pułapka nagród
To ważna lekcja dla Polski. Brytyjski przykład nie powinien być używany jako prosta reklama liberalizacji. Powinien raczej ostrzegać przed nim. Jeśli tak rozbudowany model trzeszczy w szwach w Anglii i Walii, to wiara, że w Polsce wystarczy aplikacja, kilka szkoleń i dobra wola, jest bardzo ryzykowna. Dlatego nie powinniśmy budować ochrony dziedzictwa na obietnicy wysokich nagród. Nagroda za sam fakt znalezienia cennego przedmiotu łatwo zamienia zabytek w los na loterii: im cenniejsze znalezisko, tym większe oczekiwanie wypłaty. Lepszym kierunkiem byłoby premiowanie nie wartości rynkowej przedmiotu, lecz jakości postępowania: prawidłowego zgłoszenia, niewyjmowania zabytku, zapisania miejsca, dokumentacji odkrycia oraz poziomu współpracy z muzeum lub konserwatorem.
Warto przy tym uczciwie powiedzieć, że wkład poszukiwaczy bywa realny. To oni często znajdują przedmiot, którego nikt inny by w danym momencie nie zauważył. Nie należy jednak zapominać, że samo znalezienie zabytku to dopiero początek pracy. Później zaczyna się etap, który zwykle wykonują archeolodzy, muzealnicy, konserwatorzy i urzędnicy: zabezpieczenie, opisanie, opracowanie, analizy, konserwacja, opublikowanie wyników badań, przechowywanie i udostępnienie znaleziska. Czasem dzieje się to w ramach etatu, czasem dzięki grantom, a czasem po prostu z poczucia naukowej odpowiedzialności i pasji. Dlatego wynagrodzenie za taką pracę nie powinno być mylone z nagrodą za samo trafienie na przedmiot. To dwa różne porządki.
Nie oznacza to, że problem motywacji można zignorować. Ktoś, kto trafia na złoty naszyjnik albo depozyt monet, może kalkulować, czy bardziej opłaca mu się zgłoszenie, czy ukrycie znaleziska. Odpowiedzią nie powinno być jednak tworzenie polskiej wersji Treasure Act. Jeśli rozważać jakąkolwiek formę wynagrodzenia, to raczej ograniczoną, z góry określoną premię proceduralną za wzorowe postępowanie, a nie procent od wartości zabytku. Znacznie ciekawszym kierunkiem byłby system budowania zaufania. Rzetelne zgłoszenia, brak naruszeń i dobra współpraca z instytucjami mogłyby tworzyć historię wiarygodności poszukiwacza lub stowarzyszenia. Taka wiarygodność dawałaby dostęp do lepszych form współpracy, informacji o planowanych pracach ziemnych, udziału w badaniach naukowych, akcjach ratowniczych, a z czasem także do ciekawszych miejsc samodzielnych poszukiwań czy możliwości przechowywania części zabytków masowych w kontrolowanym depozycie. To mogłoby także ograniczyć popularne zgłoszenia „na słupa”. Jeśli ktoś przedstawia cenne odkrycie jako przypadkowe znalezisko osoby trzeciej, może uzyskać jednorazową korzyść, ale nie buduje własnej wiarygodności w systemie. Musiałby więc wybierać: doraźna gra pozorów albo długofalowy status zaufanego uczestnika legalnych działań.
Stary system też nie działał dobrze
Krytyka nowelizacji forsowanej przez PZE nie może być wymówką dla wybielania starego systemu. On także nie działał dobrze. Procedury bywały przewlekłe, niejednolite i mało przejrzyste. W jednych województwach zgodę na poszukiwania dało się uzyskać względnie sprawnie, w innych cały proces przypominał biurokratyczny tor przeszkód. Na uproszczeniu i ujednoliceniu procedur skorzystaliby więc nie tylko poszukiwacze, ale także archeolodzy, muzea i urzędy konserwatorskie.
Osobną sprawą jest archeologia ratownicza, zwłaszcza ta związana z dużymi inwestycjami, ale trudno udawać, że nie wpływa na społeczne postrzeganie całego systemu ochrony zabytków. Jan Chochorowski pisał, że sprowadzenie przetargów do kryterium najniższej ceny i odchodzenie od oceny jakości oferty oraz potencjału badawczego wykonawców uruchomiło „lawinowy proces destrukcji” pierwotnej doktryny badań autostradowych4CHOCHOROWSKI J. 2017. Polskie badania archeologiczne na inwestycjach liniowych – współczesność i tradycje. „Analecta Archaeologica Ressoviensia” 11, s. 289–310. DOI: https://doi.org/10.15584/anarres.2016.11.13.. Mówiąc prościej: tam, gdzie miały być badania ratownicze z prawdziwego zdarzenia, zbyt często zaczęła wygrywać logika: szybciej, taniej, byle nie zatrzymać inwestycji. Właśnie w to miejsce trafia część zarzutów formułowanych przez poszukiwaczy. Nie oznacza to jednak, że lekarstwem ma być deregulacja poszukiwań. To klasyczne odwracanie kota ogonem. Jeśli archeologia ratownicza ma problem z jakością, finansowaniem i nadzorem, trzeba naprawić archeologię ratowniczą, a nie rozmontowywać ochronę zabytków pod hasłem: „skoro oni robią źle, to my wykopiemy więcej”.
Trzeba też uczciwie przyznać, że środowisko archeologiczne przez minione lata nie zaproponowało przekonującej, powszechnie zrozumiałej alternatywy dla obowiązującego modelu pozwoleń. Problem nielegalnych poszukiwań zbyt często traktowano jak niewygodny margines, a część opinii publicznej przyzwyczaiła się do myśli, że najważniejsze jest to, aby „na końcu coś zgłoszono”. Także my – redakcja „Archeologii Żywej”, jako media i popularyzatorzy, przykładaliśmy do tego rękę. Zbyt często cieszyliśmy się z ostatecznego przekazania zabytku, a zbyt rzadko stawialiśmy pytanie o okoliczności odkrycia, utracony kontekst i granice takiej „współpracy”. Częściowo wynikało to z poczucia bezsilności wobec skali zjawiska, ale nie zmienia to faktu, że samo zgłoszenie znaleziska nie powinno być alibi dla sposobu jego pozyskania.
Czego naprawdę mamy szukać?
W tym miejscu wraca argument Konwencji z La Valetty, przywołany także w liście dziekanów. Chodzi o Europejską konwencję o ochronie dziedzictwa archeologicznego z 1992 roku, jeden z najważniejszych dokumentów określających zasady ochrony archeologicznej w Europie. Konwencja nie narzuca wszystkim państwom jednego modelu prawa i nie przesądza, że każde użycie wykrywacza musi być regulowane identycznie. Wymaga jednak prowadzenia ewidencji dziedzictwa, zgłaszania odkryć, stosowania autoryzacji i nadzoru oraz zapewnienia naukowego charakteru wykopalisk i poszukiwań. Dlatego samo powołanie się na La Valettę nie kończy sporu, ale też nie pozwala jej zignorować: każdy model współpracy z amatorami musi ograniczać ryzyko niekontrolowanego wyjmowania zabytków z ziemi i niszczenia informacji archeologicznej.
To prowadzi do pytania, które w całym sporze pojawia się zdecydowanie za rzadko: czego właściwie mamy szukać? Celem ochrony zabytków archeologicznych nie jest przecież wydobycie z ziemi wszystkiego, co daje sygnał na wykrywaczu. W większości przypadków najlepszym miejscem dla zabytku archeologicznego nadal jest ziemia. Nie dlatego, że archeolodzy chcą, aby „wszystko zgniło”, jak lubią pisać niektórzy komentujący. To argument efektowny, ale płytki. W wielu przypadkach ziemia nie jest wrogiem zabytku, lecz środowiskiem, które przez dziesiątki, setki, a nawet tysiące lat utrzymywało go we względnej równowadze. Po wydobyciu przedmiot trafia nagle w zupełnie inne warunki: tlen, zmienną wilgotność, temperaturę, dotyk, nieodpowiednie opakowanie. Wtedy korozja potrafi przyspieszyć dramatycznie. Ziemia chroni również coś jeszcze ważniejszego: układ znaleziska, jego sąsiedztwo, relacje z innymi przedmiotami, warstwami i śladami działalności człowieka. Kontekst bywa przez część poszukiwaczy lekceważony, ale setki odkryć, także z pól ornych, pokazują, że nie jest to archeologiczny fantazmat. Nawet tam, gdzie warstwy zostały częściowo naruszone przez orkę, rozmieszczenie przedmiotów, ich skupiska, związki z dawną zabudową, drogami czy osadami nadal mogą mieć ogromną wartość poznawczą.
Sensowne poszukiwania powinny więc zaczynać się nie od pytania „gdzie można coś znaleźć?”, lecz „gdzie informacja archeologiczna jest realnie zagrożona?”. Wyjmować powinniśmy przede wszystkim to, co i tak może zostać zniszczone: na szerokopłaszczyznowych inwestycjach, przy odhumusowaniu, na polach ornych niszczonych przez głęboką orkę, w miejscach erozji, a w lasach głównie tam, gdzie planowane są prace z użyciem ciężkiego sprzętu. To są przestrzenie, w których współpraca z odpowiedzialnymi poszukiwaczami mogłaby mieć największy sens. Z tej perspektywy dwa skrajne stanowiska prowadzą donikąd. Pierwsze mówi: „wpuśćmy wszystkich, bo inaczej zabytki zgniją”. Drugie odpowiada: „nie pokazujmy niczego, bo każda mapa stanowisk sprowadzi rabusiów”. Oba uciekają od rzeczywistości. W epoce powszechnie dostępnego lidaru, zdjęć satelitarnych, archiwalnych map i Google Earth udawanie, że wiedza o krajobrazie archeologicznym jest dla kogokolwiek ukryta, brzmi jak zaklinanie świata. Kto chce szukać kopców, wałów, grodzisk, dawnych dróg czy struktur terenowych, ten już dziś ma do tego narzędzia.
Brak łatwego dostępu do informacji o stanowiskach archeologicznych nie zatrzyma rzeczywistych rabusiów. Utrudnia za to współpracę z tymi, którzy chcą działać w ramach legalnego systemu. Jako redakcja często otrzymujemy pytania, czy w danym miejscu znane jest stanowisko archeologiczne. Niestety nawet przy naszej wiedzy odpowiedź nie zawsze jest oczywista bez dłuższego sprawdzania. Ochrona powinna więc polegać na mądrym zarządzaniu dostępem. Proponowany w nowelizacji bufor 10 metrów od granicy stanowiska wygląda dobrze na papierze, ale w praktyce okaże się fikcją. Granice stanowisk archeologicznych nie są w terenie widoczne niczym płot, a dokładność GPS w telefonie nie daje pewności, że użytkownik rzeczywiście wie, czy znajduje się 8, 10 czy 15 metrów od chronionego obszaru. Nie musimy jednak sprowadzać całego systemu do prostego podziału: „wolno” albo „nie wolno”. Można wyznaczać strefy o różnym poziomie ryzyka i różnych zasadach dostępu. Na takim rozwiązaniu szczególnie skorzystaliby także sami archeolodzy, zwłaszcza przy badaniach powierzchniowych i nieinwazyjnych, gdzie uproszczony tryb zgłaszania mógłby zastąpić część obecnej biurokracji.
Co DALEJ?
Nie ma sensu wracać do starego modelu i udawać, że wszystko działało. Najrozsądniejszym kierunkiem wydaje się pilotaż w kilku województwach. Nie jako pokazowa akcja, ale realny test: uproszczone procedury, rejestracja poszukiwaczy, zgłoszenia GPS, obsługa znalezisk, współpraca z muzeami, udział stowarzyszeń w pracach ratowniczych i ocena kosztów konserwacji. Dopiero taki sprawdzian pokazałby, ilu ludzi rzeczywiście działa w terenie, ile zgłoszeń wpływa, ile z nich ma wartość naukową i gdzie system nie funkcjonuje jak należy.
Warto też poważnie rozważyć osobne źródło finansowania obsługi znalezisk. Roczne składki poszukiwaczy brzmią prosto, ale w praktyce mogłyby dać bardzo niewiele. Jeśli w legalnym systemie działałoby kilka tysięcy osób, nawet składka rzędu 100 zł rocznie nie wystarczyłaby na realną konserwację, dokumentację i obsługę większej liczby zabytków. Znacznie sensowniejszy wydaje się mechanizm podobny w logice do amerykańskiego Pittman-Robertson Act: część kosztu sprzętu używanego w określonym hobby wraca do ochrony zasobu, który to hobby obciąża. W przypadku poszukiwań zabytków oznaczałoby to dodatkową opłatę od sprzedaży wykrywaczy metali i wybranego specjalistycznego osprzętu, przeznaczoną wyłącznie na fundusz konserwacji, dokumentacji i obsługi zgłoszeń. Nie byłaby to kara za pasję ani „podatek od historii”, lecz próba powiązania rynku sprzętu detektorystycznego z kosztami, które powstają po wydobyciu zabytku z ziemi.
Najtrudniejszy, ale być może najbardziej praktyczny wątek dotyczy przechowywania części zabytków. Skoro muzea nie są i nie będą w stanie przyjmować wszystkiego, a centralne magazyny pozostają nierealną perspektywą, warto przynajmniej sprawdzić model kontrolowanego depozytu u znalazcy. Nie na zasadzie „znalazłem, więc moje”, lecz po ocenie muzealnej lub konserwatorskiej, pod warunkiem pełnego zgłoszenia, sfotografowania, opisania, nadania numeru w systemie i zapewnienia podstawowych warunków przechowywania. Muzea, konserwatorzy i badacze musieliby zachować prawo dostępu do takich przedmiotów: do kontroli, dokumentacji, badań, wypożyczeń lub przejęcia, jeśli zabytek okaże się ważniejszy, niż początkowo sądzono. Utrata, sprzedaż, zniszczenie albo odmowa kontroli powinny oznaczać utratę uprawnień i realne sankcje.
Do tego jednak potrzebny jest jeden spójny system danych, a nie kolejne rozproszone rozwiązania tworzone pod presją chwili. Najlepiej zarządzany przez stałe konsorcjum, a nie przez przypadkowy zespół powołany na czas kryzysu albo jednorazowego dofinansowania. Warto uważnie przyjrzeć się czeskiemu AIS CR (Archeologický informační systém ČR). To nie jest tylko mapa ani prosty formularz zgłoszeniowy, ale krajowa infrastruktura do gromadzenia, porządkowania i udostępniania danych archeologicznych. W Polsce nie zaczynamy całkiem od zera: istnieje portal zabytek.pl, część danych została już zdigitalizowana, powstał też RADOGOST, repozytorium archeologiczne rozwijane w ramach infrastruktury DARIAH-PL. Nie są to jeszcze narzędzia gotowe do obsługi poszukiwań, decyzji administracyjnych i zgłoszeń terenowych, ale pokazują, że podstawy techniczne i kompetencje istnieją. Najważniejsze, aby nie mnożyć bytów. Bez jednego ekosystemu danych trudno będzie wyjść poza obecny stan.
DO ROZWAŻENIA
- Najpierw sprawdźmy, potem zmieniajmy cały kraj
Najwyższy czas na zmiany, ale zanim nowe przepisy zaczną obowiązywać w całej Polsce, warto przetestować je w kilku województwach. Dopiero pilotaż pokaże, ile będzie zgłoszeń, jakie są realne koszty konserwacji i czy administracja oraz muzea są w stanie taki system udźwignąć. - Nagradzać odpowiedzialność, nie wartość „skarbu”
System nie powinien działać jak loteria oparta na wartości złota czy monet. Znacznie sensowniejsze byłoby nagradzanie rzetelnego zgłoszenia, dokumentacji, zachowania miejsca odkrycia i współpracy z instytucjami, a także budowanie długofalowego systemu zaufania. - Większe możliwości powinny oznaczać większą odpowiedzialność
Rzetelne zgłoszenia i dobra współpraca z instytucjami mogłyby otwierać drogę do szerszego udziału w legalnych działaniach: akcji ratowniczych, możliwości poszukiwań na szerszych terenach czy nawet kontrolowanego depozytu części zabytków masowych. Taki model powinien jednak wiązać się także z realną współodpowiedzialnością za skutki poszukiwań, również finansową, np. poprzez wprowadzenie dodatkowej opłaty od sprzedaży wykrywaczy i specjalistycznego osprzętu przeznaczaną na konserwację i dokumentację znalezisk. - Nie wszystko trzeba wydobywać
Najważniejszy jest kontekst archeologiczny, a nie samo wyjęcie przedmiotu z ziemi. Poszukiwania powinny koncentrować się przede wszystkim tam, gdzie stanowiska są realnie zagrożone, a system powinien opierać się raczej na strefach ryzyka i różnych poziomach dostępu niż prostym podziale „wolno” albo „nie wolno”. - Aplikacja nie tylko dla detektorystów
Cyfrowy system zgłoszeń mógłby służyć nie tylko poszukiwaczom, ale również archeologom, szczególnie prowadzącym badania powierzchniowe i nieinwazyjne. To niepowtarzalna szansa na uproszczenie części obecnej biurokracji i stworzenie jednego, wspólnego obiegu danych archeologicznych.
Łatwo nie będzie
Spór o poszukiwania z wykrywaczami metali nie zniknie po jednym liście otwartym, jednej nowelizacji ani jednej aplikacji. Narastał długo, a wiele środowisk ma w nim własne, często sprzeczne doświadczenia. Część postulatów i problemów wracała już wielokrotnie w dotychczasowych dyskusjach, także podczas rozmów prowadzonych jeszcze przed obecną nowelizacją, m.in. w czasie, gdy próbowano wypracować wspólne stanowisko środowisk. Niestety nie zakończyły się one kompromisem. To między innymi dlatego część osób ze sceptycyzmem podchodzi dziś do zapowiedzi kolejnych debat i rozmów przy okazji Kongresu Archeologii Polskiej w 2027 r. Nie ma też sensu wprowadzać ogólnopolskiej liberalizacji bez sprawdzenia, kto i czym miałby ją obsługiwać. Poszukiwacze mają rację, gdy mówią, że stary system był niewydolny. Archeolodzy mają rację, gdy ostrzegają, że sama liberalizacja nie tworzy jeszcze ochrony dziedzictwa. Państwo ma obowiązek nie tylko uprościć procedury, ale też zapewnić narzędzia, ludzi i pieniądze potrzebne do obsługi tego, co samo chce dopuścić. Nie powinniśmy też mylić większej liczby zgłoszeń z lepszą ochroną.
Najważniejsze jest chyba jednak to, aby przestać traktować dziedzictwo archeologiczne jak zbiór przedmiotów tylko czekających na znalezienie i wydobycie. To nieodnawialne źródło wiedzy, które bardzo łatwo zniszczyć, nawet w dobrej wierze. Dlatego przyszły model ochrony nie może polegać ani na prostym powrocie do starych procedur, ani na otwarciu szerokiej furtki i liczeniu, że wszystko jakoś się ułoży. Potrzebujemy rozwiązania, które zachowa to, co w dotychczasowym systemie było potrzebne, naprawi to, co od lat nie działało, i nie będzie udawało, że ochronę dziedzictwa da się sprowadzić do naprędce skleconej aplikacji, kilku szkoleń i dobrej woli.
Powyższy tekst, którego autorem jest dr Radosław Biel, przedstawia osobiste poglądy redaktora naczelnego „Archeologii Żywej” i nie stanowi oficjalnego stanowiska całej redakcji ani wydawnictwa.
Przypisy
- 1[Projekt ustawy zmieniającej ustawę o zmianie ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami (UD205)], „Rządowy Proces Legislacyjny”, URL: https://www.gov.pl/web/premier/projekt-ustawy-zmieniajacej-ustawe-o-zmianie-ustawy-o-ochronie-zabytkow-i-opiece-nad-zabytkami (Dostęp: 15.05.2026).
- 2MACHLING T. 2025. The system is broken, so why are we not more concerned?, „Big Book of Torcs”, URL: https://bigbookoftorcs.com/2025/10/27/the-system-is-broken-so-why-are-we-not-more-concerned/ (dostęp: 15.05.2026)
- 3MACHLING T. 2025, “Who Pays for the Hobby?”: Metal Detecting in England and Wales, „Big Book of Torcs”, URL: https://bigbookoftorcs.com/2025/11/08/who-pays-for-the-hobby-metal-detecting-in-england-and-wales/ (Dostęp: 15.05.2026).
- 4CHOCHOROWSKI J. 2017. Polskie badania archeologiczne na inwestycjach liniowych – współczesność i tradycje. „Analecta Archaeologica Ressoviensia” 11, s. 289–310. DOI: https://doi.org/10.15584/anarres.2016.11.13.
Archeolog, doktor nauk inżynieryjno-technicznych, popularyzator. Pierwsza osoba, z którą powinno się kontaktować w sprawie patronatów i ewentualnej współpracy z „Archeologią Żywą”. Post-doc w Katedrze Antropologii Instytutu Biologii Środowiskowej Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się wokół kultury materialnej późnego średniowiecza i wykorzystania nowoczesnych technologii w archeologii. Pasjonat multimediów i gier komputerowych. Prowadzący cyklu cotygodniowych popularnonaukowych webinarów pt. „Kontekst”





